środa, 16 stycznia 2019

Rozdział 9


Święte Góry.
Obojętnie, co się działo, zawsze musiało to się skończyć w Świętych Górach. Pech? Element Wielkiego Planu? Zwykły zbieg okoliczności? Nieistotne. Ważne, że właściwie i tak za każdym razem wychodziło mu to na dobre. Przecież to właśnie to miejsce było kolebką mocy wyvernów.
Tysiące kilometrów kwadratowych wysokich turni, stromych grani, ostrych jak szpile szczytów celujących w zachmurzone niebo jak ostrza włóczni strażników. Kamienne labirynty, powykręcane jak od artretyzmu niewielkie sosny, silnymi korzeniami trzymające się życia w niemożliwych do toczenia go warunkach. Skały wyglądające jak rozrzucone dłonią olbrzyma, przybierające wszelkie możliwe kształty, zarówno gładkie, wypolerowane przez dmący latami wiatr, jak i pokruszone i pełne rozpadlin, zdradliwe i niemożliwe do przebycia. Poprzecinane setką idealnie błękitnych, wijących się jak wstążki i niespodziewanie głębokich strumieni bez nazw, od zawsze były tym, od czego trzymano się z daleka. I to nie ze względu na garstkę wyssanych z palca przesądów. Niebezpieczeństwo Świętych Gór było jak najbardziej realne...
Ogromne pasmo górskie, przedzielające Drugi Świat na dwie połowy, od zawsze było najważniejszą ostoją wyvernów. To tu uciekały podczas prześladowań, to tu chroniły się przed wojnami. I obojętnie, co akurat się działo, jak marna była sytuacja, schronienie to otrzymywały. To tu zapędzały wrogie armie, by zgubić je jak najmniejszym kosztem. Choć w całym Drugim Świecie darzone ogromnym szacunkiem, tutaj stawały się niepodzielnymi władcami. Wlazłeś w góry bez protekcji wyvernów? Możesz już tytułować się trupem.
Jeśli wyverny mogły kiedykolwiek powiedzieć, że gdzieś znajdował się ich dom, były nim właśnie Święte Góry. Tu, wśród ociekających wilgocią skał i powykręcanej, skarłowaciałej roślinności, nieważne stawały się dawne wyroki, listy gończe czy jakiekolwiek sprzeczki. Idący obok ciebie, choćbyś nie marzył o niczym prócz zadania mu śmierci, musiał stać się twoim przyjacielem. Musiał, bo inaczej obaj szybko stalibyście się pożywką dla wysokogórskich sępów... Święte Góry wionęły skrzętnie ukrywaną przez wieki tajemnicą, potwornym niebezpieczeństwem i legendą nieraz jeszcze potężniejszą od nich samych. Tu samo powietrze tętniło magią tak potężną, że aż samo z siebie zdawało się iskrzyć i drgać na krawędzi pola widzenia.
Wydaje ci się, że masz mapę? Że wiesz, jak z jej pomocą sobie poradzić? Że dzięki niej rzucisz wyzwanie nieprzystępnym górom i zdołasz je pokonać? Świetnie. W takim razie spal ten świstek papieru i zawróć. Nadmiernie pewni siebie ginęli tu jako pierwsi. Tutaj wszystko zmieniało się w takim tempie, że nie sposób było zawrzeć tego w formie szczegółowych wskazówek. Owszem, główne szlaki w przybliżeniu pozostawały takie same, lecz można było odnieść wrażenie, że wręcz uwielbiają płatać figle nieostrożnym wędrowcom. Droga lubiła ucinać się gwałtownie na ślepej skalnej ścianie, której z pewnością nie było wcześniej w tym miejscu. Lubiła otwierać się nagłą przepaścią, którą dzięki niemal zawsze spowijającej wszystko gęstej mgle zauważyłbyś dopiero gdybyś w nią wpadł... Do podróżowania po Świętych Górach należało mieć intuicję. I instynkt. Jeśli zaczynało się za bardzo myśleć, kończyło się to nad wyraz tragicznie.
W Świętych Górach nic nie działało tak, jak powinno. Magia, choć praktyczna, surowa i nieraz wręcz zbyt logiczna, tutaj zdawała się wariować, łamać wszystkie zasady, jakimi kiedykolwiek się kierowała, i zwracać przeciwko wszystkim tym, którzy nie przypadli jej do gustu, jakby nagle przemieniała się w żywą istotę. Istotę z pewnością znacznie inteligentniejszą i przebieglejszą od ciebie... Mgła, pojawiająca się zawsze o tej samej porze i nieraz spowijająca wszystko warstwą tak szczelną, że niemożliwością było cokolwiek przez nią dostrzec, wiele razy okazywała się żrąca. Tak po prostu. Myślałeś, że czeka cię miły spacer? Ojej, nie da rady podziwiać widoków, bo jakiś cholerny dymek się pojawił? O nie, to nie jest twoje największe zmartwienie... Twoim największym zmartwieniem jest znaleźć dobrą kryjówkę, której nic przed tobą nie zajęło. Bo zwierzęta w Świętych Górach bywają nieraz jeszcze gorsze od magicznych anomalii.
Było tu całkiem sporo zwyczajnych gatunków, jakie można spotkać we wszystkich zakamarkach obu światów. Ale oprócz tego...
No cóż. Wyverny nie ograniczały się do eksperymentowania czystą magią. Wyverny zawsze chciały więcej... Szkoda tylko, że większość podobnych eksperymentów okazała się na tyle krwiożercza i nieokrzesana, że w szybkim czasie obróciła się przeciwko swoim stwórcom, za nic mając to, że ci chcieli jedynie spokojnie żyć sobie obok. Jednak najstraszniejszym z nich od zawsze był hiporaum.
Ogromny koń z metalu fascynował i przerażał od tysięcy lat. Wrósł w kulturę Drugiego Świata tak mocno, by dorobić się nawet własnego święta i obszernej legendy, lecz nikt nie pamiętał, jak dokładnie i dlaczego powstał. To był najstarszy wyverni eksperyment, i to nie pozostawiało wątpliwości – to widać było wręcz gołym okiem, stworzenie to przecież w najmniejszym stopniu nie przypominało czegoś żywego – lecz nikt już nie pamiętał, dlaczego zostało powołane do rzeczywistości.
No, prawie nikt nie pamiętał. Tak się złożyło, że Mark wiedział. Ale trudno, żeby nie wiedział, skoro sam metalowego konia wymyślił.
Kanciasty metalowy koń działający na zasadzie surowej magii i płynnego ognia. Tylko on mógł to wymyślić. Estetyka nigdy nie była jego najmocniejszą stroną. Przekazywanie wiedzy o tym, jak należy nad przypominającym koszmar senny zwierzęciem panować, również. Gdy jego trafił przysłowiowy szlag, wśród żywych tym samym nie pozostał nikt, kto by to potrafił. A hiporaum ważył cztery razy więcej od zwykłego konia i był mięsożerny, mało kto więc miał ochotę na eksperymenty. Zanim Mark zdążył się ponownie narodzić, dojrzeć i przypomnieć sobie wszystko, całą hodowlę wzięło w diabły. A szkoda.
Wyverny w jakiś sposób rozumiały Święte Góry. Choć nie były jedynymi Istotami pławiącymi się od wieków w wyższej magii, tylko one potrafiły instynktownie wyczuwać ich nastroje, omijać pułapki i unikać anomalii. Tylko one umiały znaleźć drogę – jedne bezbłędnie, inne nieco gorzej, lecz każdy z nich w momencie przemiany otrzymywał jakiś specjalny nienazwany zmysł, by perfekcyjnie się w okolicy orientować. To było miejsce, które traktowały jak azyl. Święte Góry znały jak własną kieszeń, wiedziały, jak nakłonić je do tego, by zaczynały im sprzyjać, nic więc dziwnego, że to właśnie tutaj powstała ich najważniejsza siedziba. Dom władcy. Splot ciągnących się kilometrami przedwiecznych skalnych korytarzy.
Dom Ryjisjaveeika. Do którego z pewnością nie należałoby się chwilowo zbliżać.
Taaak... Wszystko pięknie, prawda? Niezdobyta kraina, w której można być w pełni sobą i nie martwić się o to, że jakiemuś śmiertelnikowi zachciałoby się twoją wspaniałość podważyć. Problem w tym, że tutaj również zdarzało się życie inne niż to wieczne.
Nikt nie wiedział, jak powstały wioski i państwa w Świętych Górach. Skąd ludzie w ogóle się tam wzięli? Jakim cudem odnajdowali się na okolicznych szlakach? Jak to możliwe, że przeżyli tak długo, nie padając ofiarą magii lub zmutowanych zwierząt? O tym nawet Antykreator nie miał pojęcia. A cholernie nie lubił nie mieć o czymś pojęcia...
Ech. To również było chwilowo nieistotne.
Istotne pozostawało to, że nawet wiosna w Świętych Górach nie potrafiła sprawić, by poczuł się dobrze. Łeb bolał. Kolano bolało. Głos w głowie krzyczał.
A wiosna... wiosna tutaj zawsze zapierała dech w piersiach. Lodowato zimne skały, niemal zawsze zroszone wilgocią unoszącej się na wysokości kolan mgły, ocieplało przygrzewające z intensywnie różowo-fioletowego nieba słońce. Powietrze naraz się osuszało, mlecznobiały opar chował się w najgłębszych zakamarkach, nie chcąc narażać się oślepiającym płomieniom, wiatr stawał się łagodniejszy, pachnący, a odbieranie go zamieniało się z tortury w oszałamiającą przyjemność. Stać można było na nim cały dzień, rozkoszując się ciepłem i aż duszącym kwietnym aromatem, jaki ze sobą niósł. Nie kaleczył, nie wdzierał się pod ubranie, lecz owijał się delikatnie, gładził skórę. Cała nieprzystępna okolica, zwyczajnie odstraszająca mniej odważnych samym swoim wyglądem, na każdym kroku przypominająca o mogącym się czaić wszędzie niebezpieczeństwie, zmieniała się diametralnie. Nie, ostre krawędzie się nie wygładzały, magia nie przestawała iskrzyć, zmutowane zwierzęta nadal obserwowały, w mroku jaskiń wciąż czaiły się pułapki, lecz... cienie się rozjaśniały. Opadała duszna atmosfera niebezpieczeństwa, przygniatająca niemal fizycznym ciężarem przez cały rok. Wszystko, choć tak naprawdę się nie zmieniło, stawało się delikatniejsze, bardziej miękkie, przystępne. A przede wszystkim...
A przede wszystkim były kwiaty.
Nie wiadomo, jak to się dzieje. Na rozległych halach? Owszem, tam przecież było trochę ziemi. Ale jak to możliwe, że pojawiały się w każdym miejscu, gdzie tylko skały niewystarczająco dokładnie nakrywały grunt?
Oszałamiająco kolorowe kwiaty były dosłownie wszędzie. Wynurzały się ze szczelin między kamieniami, anektowały ledwo widoczne ścieżki, wykorzystywały każdą możliwość, by wychylić się w kierunku prażącego słońca. Wszelkie możliwe odcienie różu, fioletu i nieskazitelnej bieli sprawiały, że koszmar senny wokół przeradzał się nagle w najpiękniejsze marzenie, a unoszący się w ciepłym powietrzu zapach odurzał, zwalał z nóg ilością doznań. Jednocześnie słodki i gorzki, delikatny i intensywny, subtelny i ostry, wwiercał się w nos i powodował przyjemne zawroty głowy.
Tutaj szlak na całe szczęście prowadził prosto, choć i tak Mark wiedział, że niebawem musi poszukać miejsca na nocleg. Gdy Eltanin zniknął jakiś czas wcześniej, lekko jak kociak wbiegając po niemal pionowym rumowisku, był zdany jedynie na siłę własnych nóg. I to właśnie okazało się błędem...
Trzeba było zatrzymać cholerne konisko choćby siłą. Albo usiąść na dupie i grzecznie poczekać, aż wróci.
Okazało się, że strzaskane przez Wolfganga kolano niekoniecznie jeszcze całkiem doszło do siebie. Każdy krok okazywał się torturą. Choć jak mógł starał się nieszczęsną nogę odciążyć, przez całą drogę opierając się na długim kiju, na tyle solidnym, by mógł posłużyć za laskę, i tak za każdym razem, gdy poruszył stawem, zaciskał zęby z bólu.
Nienawidził tego. Nienawidził słabości. Nienawidził, gdy własne ciało go nie słuchało.
Nienawidził tego, ale przede wszystkim panicznie się tego bał.
To życie od początku było jakieś pechowe. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak się stało, skoro nigdy wcześniej tak nie było – coraz mocniej przekonywał się ku temu, że właśnie to ukształtowało rzeczywistość w taki sposób, by szybciej doszło do wypełnienia się słów Wielkiej Przepowiedni – ale faktem było, że bolesne wspomnienia pozostały.
Bo Mark von Lahman w tym wcieleniu urodził się jako kaleka. Całkowicie pozbawiony wspomnień kaleka...
Medycyna końcówki osiemnastego wieku nie była może na szczególnie wysokim poziomie, lecz podejrzewał, że nawet w tych czasach niewiele by zdziałano na rozszczepienie kręgosłupa. Minęło sporo czasu, zanim zaczął chodzić – oczywiście o kulach – ale nawet gdy nabrał odpowiedniej siły w rękach, każdy postawiony krok był torturą. Kłujący ból, tak intensywny, że już jako dorosły mężczyzna nieraz płakał przez niego w nocy, nie opuszczał go na chwilę. A wspomnienia... a wspomnień Antykreatora nie było.
Był po prostu Mark, który nie potrafił poradzić sobie ze sobą samym.
Był biedny, kaleki Mark, którego uratowała jedynie przemiana w wyverna. Musiało minąć jeszcze pół roku, zanim pobudzone potężnym impulsem, jakim było odnalezienie miecza, wspomnienia nareszcie odżyły. Od tego czasu musiał przyznać, że był zadowolony. Dzięki mocy wyverna stał się jeszcze potężniejszy niż wcześniej – na bogów, mógł teraz wszystko! – lecz... lecz kalectwo nie dawało o sobie zapomnieć. Myśl o nim wciąż czaiła się gdzieś tam w głowie, gotowa wbić się rozżarzoną do czerwoności szpilą w najmniej odpowiednim momencie, odbierając pewność siebie i wprawiając w ślepą wściekłość. Wściekłość, przez którą stawał się jeszcze bardziej lekkomyślny, niż do tej pory, a nigdy przecież nie mógł pochwalić się szczególnie rozwiniętym zdrowym rozsądkiem.
Obojętnie, czy starał się zapomnieć, Mark wciąż pamiętał, że był kaleką. A Głosy, których nigdy wcześniej nie były, które wraz z jeszcze większą potęgą dopadły go w tym pechowym wcieleniu, nie omieszkały tych wspomnień wykorzystywać.
W tym miejscu ścieżka biegła samą krawędzią długiej, lecz wąskiej u szczytu góry. Po lewej stronie rozciągała się ogromna, niemal idealnie okrągła dolina. Może nie szczególnie głęboka, bo ze sprawną nogą zszedłby do niej i wdrapał się na zbocze i nawet nie zasapał, lecz imponująca... fascynująca. Morze nieco zbrązowiałej trawy poprzetykane najpiękniejszymi, najdoskonalszymi hiacyntami, jakie człowiek był w stanie sobie wyobrazić, falowało delikatnie w porywach łagodnego wiatru, jak leniwe morskie fale. Chylące się ku zachodowi słońce przyprawiało wszystkiemu aury dawno zapomnianego marzenia sennego.
Wzdłuż samej ścieżki, między sporymi kamieniami w zaskakująco jasnym, niemal białym kolorze, wyrastały kolejne kolorowe rośliny, zdając się prowadzić go w sobie tylko znaną stronę. Podporządkował im się. I tak zapraszały go we w miarę właściwym kierunku. A może na końcu ścieżki znajduje się coś ciekawego?
Gdy ścieżka doszła do najwyższego punktu szczytu, zatrzymał się i oparł o większą skałę, by chwilę odetchnąć. Noga już nie bolała. Noga napierdalała. Noga wołała cienkim głosikiem, by raz na zawsze ją odrąbał. Prowokowała. Kusiła, oj, kusiła...
Droga opadała gwałtownie w dół, by po kilku metrach ponownie przeradzać się we w miarę równy trakt na jeszcze długo. Wzdłuż niej wznosiło się kilka bajecznie kolorowych domów z drewna, obsadzonych kwiatami i skrzących się w promieniach pomarańczowego słońca, niemal całkowicie już zanurzonego za horyzontem.
Domy nie były specjalnie duże, lecz wyglądały na nowe i stały dość blisko siebie, na tyle, że rozłożywszy ramiona można było położyć dłonie na przeciwnych ścianach. Wszystkie zbudowano według podobnego planu – nad drzwiami wejściowymi znajdował się tworzący sporą werandę daszek, a zabudowane ażurowymi deseczkami ścianki oplatały gęsto pnące róże. Na wszystkich daszkach kołysały się leniwie donice z kolejną porcją kwiatów – wybujałych, od dawna nie pielęgnowanych, nabierających już cech swoich dzikich kuzynów.
Wieś była opuszczona. Od kiedy? Dlaczego? Mógłby przysiąc, że między cienkimi drewnianymi ścianami nadal wyczuwał zapach ludzi i aurę ich dusz, lecz wiedział, że nie było ich nigdzie w pobliżu. Co się z nimi stało?
Nie był w stanie już dłużej iść. Z trudem wszedł po dwóch schodkach przed domkiem w kolorze, który potrafił określić jedynie jako Barbie-róż, niemal uderzył głową w niski daszek. Schylił się odruchowo, zaskamlał z bólu, gdy źle stanął.
Nasz Antykreator jest słaby. Jesteś słaby, Antykreatorze.
Ach, więc jednak jesteś – syknął, zaciskając zęby.
Głos wciąż gdzieś tam był, lecz od rana jego narastający szept obiecywał, że lada chwila zacznie formować się w rozpoznawalne słowa. Poczuł rozlewającą się na plecach gęsią skórkę, gdy wreszcie padły znienawidzone wyrazy.
Tak jest, miał w torbie co nieco, które mogło pomóc w przetrwaniu ataku. Lecz wciąż miał nadzieję, że zdoła wytrzymać. Święte Góry nie były najlepszym miejscem na to, by tracić czujność, nawet jeśli było się najpotężniejszą Istotą obu światów. Albo i zwłaszcza dlatego...
Drzwi okazały się zamknięte. Dostał się do środka przez jedno z pozbawionych szyb okien, położył się na starych deskach podłogi w głównej izbie. Z jęknięciem rozciągnął nogę, zacisnął zęby, by nie zakląć.
Widzisz, Głosie? W życiu nie przypuszczałem, że mogę goić się tak długo – parsknął.
Jesteś słaby, Antykreatorze...
A ty nadal swoje? Spieprzaj. – Wygrzebał z plecaka prowiant. Gdy wziął pierwszego gryza dobrze podwędzonej kiełbasy, poczuł się nieco lepiej.
Jesteś martwy, Antykreatorze. Jesteś jedynie marnym cieniem tego, czym mianował cię Stwórca. Zawodzisz go. Z każdym dniem go zawodzisz, Antykreatorze! Twój zatruty umysł nie podoła Zadaniu, i wszyscy już o tym wiedzą. Być może to pora na to, byś oddał swe brzemię lepszemu. Nie jesteś w stanie go udźwignąć...
Toś się rozgadał! – Skronie przeszył wściekły ból. Tym razem nie powstrzymał się od przekleństwa. Niech on się zamknie! Niech on wreszcie będzie cicho! Niech zostawi mnie w końcu samego we własnej głowie!
Jesteś złem, Antykreatorze. Ale złem tak słabym, że nie zasługuje na to, by powierzyć mu tak poważne Zadanie...
Nie próbuj mnie uczyć, Głosie. – Pierwszy łyk wódki zawsze był najgorszy, potem poszło już z górki. Jedyna zaleta była taka, że jutro ruszy ponownie w drogę ze znacznie lżejszym plecakiem. – Mówiłeś, że jestem cieniem tego, czym mógłbym się stać? Nonsens. Jestem jedynym, który się do tego nadaje. Być może taki właśnie powinienem być. – Roześmiał się nagle. – Wiesz, ktoś kiedyś powiedział mi, że narodziłem się z jadu skorpiona. Wtedy mnie to śmieszyło. Teraz wydaje się jakieś takie cholernie aktualne.
Nie z jadu. Z umysłu skorpiona.
Wzdrygnął się. Głos zabrzmiał jak szykujący się do ataku wąż. Taki nie był jeszcze nigdy.
Jesteś martwy, Pożeraczu Światów...
Jestem jedynym tak żywym...
Jesteś cieniem.
Jestem słońcem!
Zdechniesz w męczarniach. Zginiesz marnie. Za dużo potrzebujesz, by przeżyć.
Jedyne, czego potrzebuję, by przetrwać, to powietrze. Nie tobie mnie pouczać, Głosie. Z każdą chwilą brzmisz bardziej jak mój brat...
Nawet brat chciał cię zabić, Antykreatorze.
Ach, to już nie chce? Dobrze wiedzieć. – Wódka skończyła się stanowczo za szybko. – Twoje słowa są jak brud. Nie obchodzą mnie. Przeszkadzają...
Nawet twój brat mówił, że twoje istnienie jest sprzeczne z prawami natury.
Tak. A ja mu kiedyś nawet uwierzyłem. Dobrze, że już mi przeszło.
Powinieneś umrzeć...
To ja powinienem umrzeć? – Pięść bolała jeszcze przez chwilę po tym, gdy wybił nią dziurę w ścianie. Noga wciąż pulsowała, lecz nie był w stanie dłużej trwać w miejscu. Krążył po ciasnym pomieszczeniu jak zwierzę uwięzione w klatce. – Ja nie umrę. Ja będę patrzył, jak świat umiera.
Spalisz świat?
Zamierzam podsycać płomienie, dopóki nie zgaśnie ostatnia gwiazda, Głosie. – Uśmiechnął się. – I to jest właściwa myśl. To jest diament wśród wszystkich moich myśli. Sam mnie do tego podkusiłeś? Masz na celu mnie zniszczyć, czy sprowokować? – Zapłonęła pośpiesznie wyrysowana na ścianie runa. – To jest prawda. Prawda, która lśni... Ja nie zawaham się nad kalekim światem, Głosie. Świat się rozłamuje, a ja...
A ty jesteś zbyt słaby. Jesteś żałośnie słaby. Tak samo jak wtedy, gdy tkwiłeś w ciele, nad którym nie miałeś władzy.
Dość! Koniec! Niech on przestanie! Na Boga, jeśli taki istnienie – niech on przestanie...!
Niemal podarł torbę, gdy zaczął w niej szukać ratunku. Ratunku haniebnego, ostatecznego i żałosnego, ale jedynego...
Spłoń, głosie – syknął. Rozpakowana pospiesznie strzykawka wypadła z trzęsącej się dłoni, dłuższą chwilę nie mógł jej podnieść.
Gdzieś niedaleko rozległo się rżenie. Hiporaum? A może Eltanin się wreszcie znalazł? Jak zwykle w porę.
Świat nie potrzebuje słabego Antykreatora.
Świat potrzebuje Antykreatora. Jaka różnica, czy będzie silny, czy słaby? Jakiś musi być. – Sznurek. Sznurek? Pasek od spodni musi wystarczyć. Drżące dłonie coraz mniej go słuchały.
Myślisz, że jesteś w stanie spalić świat?
Myślę, że świat spłonie. – Chłód w prawej ręce jeszcze przez dłuższą chwilę nie chciał przejść. – Patrz, Głosie. Patrz. Bo ty też spłoniesz. Prędzej czy później.
Patrzę. I widzę. Widzę mężczyznę nadmiernie pewnego siebie. Mężczyznę, który po tylu tysiącach lat nie jest właściwie jeszcze mężczyzną. Widzę mężczyznę, który nie potrafi stawić czoła samemu sobie. Mężczyznę, który krwawi...
Świat zaczynał się przyjemnie rozpływać. Pojawiło się kilka nowych, niemożliwych do nazwania barw, w głowie zawirowało, mięśnie opanowała nowa siła, do tej pory niedostępna. W głowie naraz znalazło się jeszcze trochę miejsca, myśli rozbiegły się niebezpiecznie. Narastająca w głębi piersi złość rozlała się ciepłym strumieniem, sam nie wiedział, kiedy w jego dłoni znalazł się nóż bojowy.
Krwaw, Antykreatorze!
Roześmiał się. To coś... co to było? Euforia? Bogowie, to chyba naprawdę była euforia.
Już nie był słaby. W jednej chwili wspomnienie zmaltretowanego długą wędrówką i siedzącymi w głowie demonami wyverna zniknęło. Nie był zwykłym wyvernem. Był Antykreatorem.
Był Pożeraczem Światów. Wszystko, co tu widział, należało do niego. Tylko on miał prawo zadecydować o tym, jak długo to całe wszystko mogło trzymać się rzeczywistości.
Głosie... – Zakręcił nożem między palcami. – Hej, Głosie, czy ty mi dopiero co zasugerowałeś, że jestem prawiczkiem?
Wypowiedziałem prawdę.
Urocze. Bo może i jestem prawiczkiem. Ale mógłbym rozruszać cały świat...!
Jesteś pierwszym, który ucieknie. Siła w liczbach. A ty jesteś jeden.
Tak, jestem potworem. Tak, ucieknę. Uderzę cię w twarz. I zrobię to z uśmiechem!
Jesteś szmatą, Antykreatorze. Stoisz sam. Tańczysz na krawędzi noża...
Nóż nie może ściąć bohatera! Moc jest tylko jedna...
Krwaw, Antykreatorze!
Nikt nie sprawi, by bohater krwawił, Głosie!
Czyżby? – W bezcielesnym szepcie naraz pojawiła się dziwna nuta, której nie było w nim nigdy wcześniej, lecz zamroczony, półprzytomny umysł nie uznał jej za nic godnego uwagi.
Wy wszyscy razem nigdy nie będziecie potężniejsi ode mnie. Bo do tego właśnie zostałem stworzony! Zamierzasz dyskutować ze Stwórcą?
Jesteś zbyt słaby, żeby się zabić.
Że co? – Zamarł na chwilę. Nóż rozciął opuszek palca, ale nawet tego nie zauważył.
Jesteś tchórzem, Antykreatorze. Jesteś samobójcą, który boi się unieść ostrze. Jesteś samobójcą, który boi się uczucia, z którym życie ucieka z żył...
Ja jestem tchórzem? – Na odsłoniętej skórze przedramion zatańczyły pierwsze płomienie. Zapatrzył się w nie na chwilę, oczarowany pierwotnym pięknem. Oglądał je tak często, jednak rzadko wydawały mu się tak wspaniałe, jak w tej chwili. W jednej sekundzie zapragnął, by znalazły się wszędzie, by wzbiły się wysoko w niebo, widzialne z wielu kilometrów i tak potężne, że tylko on potrafiłby ponownie je zdławić. – Ja tylko chciałbym, żeby świat spłonął – powiedział wreszcie.
Zobacz, czy możesz krwawić, samobójczy skurwielu. Chyba że nie masz odwagi...
Chcesz? A więc patrz, Głosie!
Błysnęło ostrze. Idealnie naostrzona stal wojskowego noża błyskawicznie rozcięła skórę prawego przedramienia wzdłuż nadal nabrzmiałej żyły. Trysnęła krew, niemal czarna w półmroku i o dziwnie gorzkim zapachu, tworzącym wraz ze wszechobecnym aromatem kwiatów oszałamiającą mieszankę.
Patrz, głosie! Krwawię, jak chciałeś! I sam jestem ciekaw, czy od tego zdechnę!– Roześmiał się, rozłożył ramiona w zapraszającym geście. Krew prysnęła na ścianę, nóż wbił się z brzękiem we framugę drzwi idealnie na poziomie ludzkich oczu. W lewej dłoni błysnął niewielki przedmiot. – Już się napatrzyłeś, Głosie? – Oblizał spierzchnięte wargi. – Tak? To teraz spłoń. Pal się!
Kliknęła zapalniczka.