środa, 1 sierpnia 2018

Rozdział 5


Światło miało konsystencję pokruszonego szkła. Wsączało się do pomieszczenia maleńką szparą między niedokładnie zaciągniętymi zasłonami, przecinało wypełnione kotłującym się kurzem powietrze oślepiającą wiązką i lądowało wreszcie na załomie ściany, rozlewając się parzącą strugą, wypalającą jasne linie na siatkówce. Mark musiał przyznać, że gorąca smuga, przypominająca laserową wiązkę, całkiem ładnie komponuje się z elegancką farbą w kolorze krwi, sprawiając, że stara sypialnia nabrała subtelnego uroku, nie przypominając już pokoju opuszczonego i zapomnianego wieki wcześniej, lecz i tak mógł skomentować to w zasadzie w tylko jeden sposób.
Kurwa mać – jęknął, mrużąc oczy. Wstał z trudem, zatoczył się na łóżko, jakoś dowlókł do okna i zdecydowanym ruchem poprawił zasłony.
Czuł się po prostu okropnie. Ciało nie słuchało go, jakby należało do innej osoby, w głowie wirowało, choć jednocześnie miał wrażenie, jakby ważyła kilka ton, a za szklankę wody gotów byłby nawet zabić. Do tego jeszcze był głodny – i to tak potwornie, że aż go skręcało. Takiego dziwnego kaca jeszcze nigdy nie miał. Doświadczenie było całkiem ciekawe, choć i tak nie obraziłby się, gdyby nadal pozostawało jedynie w sferze opowieści zasłyszanych od wątpliwej jakości znajomych.
Powolnym krokiem skierował się do kuchni, starając się poruszać po omacku. W głowie coś trzeszczało niebezpiecznie, jakby wypełniono mu czaszkę żwirem, choć prawdopodobniejsze zdawało się to, że podczas upadku uszkodził sobie kręgi szyjne. Szybka regeneracja podczas pijackiego snu bez wizji tłumaczyłaby wilczy apetyt...
Kuchnia wyglądała tak, że aż w pierwszym odruchu sam się przestraszył. To było jedno z tych pomieszczeń, które po względnym odnowieniu dworku napawało go szczególną dumą. Była wielka, wysoka, malowana na ceglastą pomarańcz, wypełniona zabytkowymi meblami, łączona z elegancką jadalnią, której ogromne okna wychodziły na rozległy dziedziniec z suchą fontanną. To było jedno z tych pomieszczeń, dla którego wysilił się i zainwestował we wprawienie nowych okien. Jedno z tych pomieszczeń, w które włożył cząstkę siebie, doprowadzając je do porządku, czyniąc własną wizytówką... To było to pomieszczenie, które podczas wczorajszej popijawy potraktował cokolwiek nieodpowiednio. Kilka szafek straszyło pustką, otwartych na oścież, jedna szuflada leżała na blacie stołu, całkowicie wybebeszona. Zwitek nasiąkniętego szkarłatem bandaża zaplątał się w nogi leżącego pod ścianą krzesła, prawdopodobnie ciśniętego w napadzie złości. Szkło zaściełało piękną drewnianą podłogę, skrząc się w blasku słońca, wpadającego przez zachlapane krwią okna. Światło dodatkowo uwidaczniało wszystkie skazy, sprawiając, że stawały się jeszcze bardziej ostentacyjne, niemożliwe do ukrycia i zapomnienia.
Z pewnością najgorszym był jednak stojący pośrodku tego wszystkiego Eltanin.
A ty jak tu wlazłeś? – wydusił, gdy już upewnił się, że wściekłe konisko jest jak najbardziej prawdziwe.
Dla mnie nie ma zamkniętych drzwi, Antykreatorze – parsknął ogier. Położył uszy na łbie, niecierpliwie zamiótł długim ogonem, niemal zrzucając ze stołu resztki potłuczonej butelki.
To zrób mi teraz przynajmniej tą przyjemność i się nie ruszaj, co? – Wściekle szarpnął drzwi spiżarni, zajrzał do zarośniętego pajęczynami wnętrza. Uzbrojony w szczotkę na długim kiju, jeszcze raz zmierzył bałagan wzrokiem, kompletnie nie wiedząc, od czego powinien zacząć. – Jak ty się w tych niezamkniętych dla ciebie drzwiach zmieściłeś, co?
Jednorożec nie odpowiedział, lecz odsunął się posłusznie. Choć kopyta starał się stawiać na niedawno malowanych deskach z najwyższą ostrożnością, Marka i tak coś zabolało w okolicy serca na ten widok.
Powiedziałem, żebyś się nie ruszał, do cholery! Masz pojęcie, ile ja tą podłogę malowałem?!
Teraz i tak nic jej nie zaszkodzi.
W ostatnim momencie powstrzymał się od ciśnięcia szczotką jak włócznią.
Teraz ci się na żarty zebrało, durna chabeto? – wysyczał przez zaciśnięte zęby. Zatrzymał się, pochylił nad pokrwawionym bandażem. Podniósł go, przysunął do twarzy, obrócił kilka razy w palcach, próbując wyczuć w zapachu jakąś obcą nutę... Nic z tego – posoka należała do niego. Uważnie obejrzał odsłonięte fragmenty ciała, doszukując się skaleczeń – co tam skaleczeń! Rozbryzg na szybie był tak okazały, że z pewnością krwawić musiał jak zarzynana świnia – lecz nie znalazł nic, nawet częściowo zaleczonej blizny. Umiejętność całkowitej regeneracji podczas snu zdawała się całkiem przydatna, lecz miała w sobie coś... niepokojącego. Kolejna niejasna moc, którą dostał wraz ze spadkiem Pożeracza Światów? Miał ich już wystarczająco do tej pory.
Sam nie potrafił powiedzieć, od czego jest to uzależnione, ale choć posiadał kompletne wspomnienia wszystkich swoich poprzednich wcieleń, często nie potrafił przestać rozgraniczać ich od tego, kim był teraz. Pamiętał, jak zmienia się świat, na własne oczy widział, jak powstają i upadają cywilizacje, potrafił przywołać każdy z tych momentów. Wiedział, że za każdym razem, gdy się odradzał, był dokładnie taki sam – wyglądał identycznie, miał identyczny charakter, identyczne gusta – ale... dopiero to ciało zdawało się w pełni należeć do niego. Często miał wrażenie, że tamten Mark, tamci wszyscy Markowie na przestrzeni wieków byli kimś innym – kimś, kogo myśli i moce otrzymał, choć nigdy tego nie pragnął. Czuł, jakby jego przeznaczenie, to, do czego przecież został przed tysiącami lat stworzony, nie było jego rzeczywistym, prawdziwym, jedynym dziedzictwem, a czymś obcym, narzuconym siłą. Pasożytem, powoli wysysającym z niego to, co najlepsze. Odbierającym radość, beztroskę, a zostawiającym zgorzknienie i złość. Potworną, palącą, wyniszczającą złość... Brzemię Antykreatora wciąż gdzieś tam było. Mógł zajmować się sprawami zupełnie przyziemnymi, udawać, że nic się nie dzieje, nie słuchać głosów, próbować zapomnieć o tym do czasu, aż zostanie wezwany do swego dzieła, lecz... to nieustannie w nim było. Nie pozwalało się rozluźnić i zwolnić.
Chciał się tego pozbyć. Niczego nie pragnął tak bardzo, jak być jedynie zwyczajnym wyvernem, jednym z tysięcy w Drugim Świecie...
Tak, chciał. Ale do czasu, gdy jakiś gówniarz nie zapragnął podebrać mu tytułu i zacząć obnosić się z nim jak ze swoim.
Rusz dupę, szkapo – warknął, gdy uporał się z większą częścią bałaganu. – Idziemy do miasta.
Nie jestem pewien, czy chcesz to robić akurat dzisiaj... – Koń odsunął się lekko, niepewny, jak powinien zareagować na nagłą zmianę w nastroju Antykreatora. Wcześniejsze zirytowanie zastąpił gniew – i to tak silny, że niemal czuł jego zapach.
Dlaczego miałbym nie chcieć? – Jasnoszare oczy przez moment błysnęły krwistą czerwienią.
Dziś wypada Dzień Kwiatów.
Przecież to tym lepiej – więcej idiotów do wypytania. Dygaj na dół. Bardzo jestem ciekaw, jak to zrobisz...
Wbrew pozorom, sprzątanie wcale nie zajęło tak wiele czasu, jak mógł się spodziewać. Gdy tylko uporał się z odstawieniem wszystkich przedmiotów na miejsce, zmyciem krwi i wymieceniem za okno całego szkła, odświeżył się na tyle, na ile pozwalało skromne wyposażenie łazienki, i zszedł wreszcie na dół. Wstyd przyznać, ale naprawdę zdziwił się na widok Eltanina, jak gdyby nigdy nic pasącego się na zaniedbanym trawniku.
A ty to nie jesteś mięsożerny przypadkiem? – spytał niewinnie, udając, że wyczyny wierzchowca wcale nie nurtują go tak mocno, jak w rzeczywistości.
Konisko jedynie spojrzało na niego z pobłażaniem, zmiażdżyło ostrymi zębami ostatni kłos przypominającego zboże chwasta i pozwoliło się osiodłać.
Eltanin z czasem coraz mocniej go zadziwiał. Pamiętał, jak zaczęła się ich znajomość – jak kary ogier pojawił się dosłownie jak spod ziemi, obserwując go z początku jedynie z odległości, a z czasem podchodząc coraz bliżej. Pamiętał własne zdziwienie, gdy zwierzę pierwszy raz do niego przemówiło, a jego głos okazał się jednym z tych, które dręczyły go podczas leczonych alkoholem ataków. Nigdy nie wnikał w to, czym konkretnie jednorożec jest i dlaczego się pojawił. Owszem, dziwiło go to, jak z dnia na dzień przejął pozycję jego osobistego przewodnika, kogoś, kto o Antykreatorze, Wielkiej Przepowiedni i nim samym zdawał się wiedzieć dosłownie wszystko. Rozumiał, co się dzieje o wiele mocniej, niż sam główny zainteresowany! Prowadził go, objaśniał, w większości przypadków wszystko jeszcze mocniej gmatwając, przywoływał do porządku, gdy wymagała tego sytuacja. Był zawsze; niezależnie od tego, czy przyjęty z entuzjazmem, czy obrzucony stekiem przekleństw, nie opuszczał go na krok, czasem znikając z oczu, lecz zawsze czając się w pobliżu. Ile lat to już trwało? Sto? Dwieście? A ile, do cholery, żyją jednorożce? Tyle, co ich mniejsi kuzyni – marnych kilkadziesiąt lat. Próbował nie roztrząsać zbytnio, jak to możliwe, po prostu akceptując stan rzeczy takim, jaki jest, i ciesząc się z obecności jedynej istoty, którą mógł z czystym sumieniem tytułować przyjacielem, lecz ta iskra ciekawości zawsze czaiła się na samym obrzeżu myśli, tylko czekając na kolejne niezrozumiałe zjawisko, które ją podsyci. A teraz proszę: czyli na domiar wszystkiego, ta czarna jak noc szkapa potrafiła się teleportować? Bo w to, że zmieściła się w drzwiach i zlazła ze schodów, nie chciało mu się wierzyć.
Ciężar niedbale przewieszonej przez ramię pochwy z mieczem zawsze miał w sobie coś kojącego. Podczas gdy cały świat wymykał się normalności, przelewał między palcami i nurzał w nierealności, wrzynający się w skórę pas był jedynym punktem zaczepienia, który pozwalał mu nie oszaleć. Był znany, bezpieczny, krzepiący. Był prawdziwy. Był jedyną stałą w morzu pomieszanych ze sobą sennych koszmarów.
Mark nigdy nie myślał, że sam z siebie będzie pchał się do miasta podczas Dnia Kwiatów. Tłumy radosnych mieszkańców, zagubieni turyści, co kilka kroków pytający o drogę, wrzeszczące dzieciaki, nieustannie plączące się pod nogami... Tak, w każdym przypadku wolałby tego uniknąć, nawet pamiętając, jak niesamowitym wydarzeniem jest to święto. Radosny pochód cuchnących, głośnych, natrętnych śmiertelników potrafił skutecznie obrzydzić mu dosłownie wszystko... ale nie w takich okolicznościach. Gdy znalezienie wiarygodnego źródła informacji staje się na wagę złota, taka impreza zaczyna jawić się jako dar niebios.
Antykreatorze, czego ty próbujesz się od tych ludzi dowiedzieć? – mruknął w pewnym momencie Eltanin. – Nie rozumiem tego. Po co się dowiadywać? Po co w ogóle ruszać w pogoń? On nie jest dla ciebie żadnym zagrożeniem, jeśli tylko będziesz ostrożny...
Nie jest zagrożeniem? A moja noga co na to? – prychnął wściekle. – Gnojek wpakował mnie do szpitala na dwa tygodnie i ty nadal twierdzisz, że będzie dobrze, jeśli tylko będę ostrożny? To ja sam mu się pod nos pchałem?
Nie o to mi chodzi... – Koń parsknął jakby z politowaniem. – Co ty czynisz? Mi to wygląda na zwykłą zemstę.
Bo to jest zemsta. A ja muszę wiedzieć, co takiego nawywijał, by potem móc to odkręcić. A że nie rozmawia mi się z nim za dobrze, wolę wypytać osoby postronne. Przy okazji zwrócę na siebie mniej uwagi.
Ty i niezwracanie uwagi? Po tym, co się kilka lat temu wydarzyło? Obawiam się, że wielu zapragnie nagle wyjaśnić parę spraw...
To tak jak ja. Daj mi już spokój, co? – Dopalony do filtra papieros sparzył palce. Wyrzucił go i wyciągnął z paczki następnego.
Miasto już z daleka wyglądało inaczej, niż zwykle. Choć normalnie ciepłe i kolorowe, teraz wręcz tryskało barwnością i radością. Już na okalającej je łące słyszał radosny gwar rozmów, delikatną muzykę i aż odurzający zapach kwiatów – lekko wiercący w nosie, lecz w gruncie rzeczy całkiem przyjemny.
Dzień Kwiatów był jednym z najbardziej znanych świąt Drugiego Świata. Dzień, będący symbolicznym początkiem wiosny, kiedy to nawet w Świętych Górach kwitły miliony kwiatów, czcili wszyscy, lecz nigdzie nie obchodzono go z takim rozmachem, jak w maleńkim Vernen. Na tę dobę zjeżdżały się tam całe tłumy z każdego zakątka świata, by zobaczyć słynną paradę...
Eltanin parsknął i tupnął ze złości, gdy musiał cofnąć się kilka kroków po tym, jak tuż przed nim wyrosła gromadka roześmianych dzieci. Jeden z zaaferowanych chłopców przebiegł mu między nogami, przez co ogromne konisko zachwiało się i obnażyło zęby, jakby zamierzało dzieciaka ugryźć, lecz opamiętało się w porę.
Parada trwała już w najlepsze. Barwny, rozwrzeszczany pochód kluczył po obu stronach rzeki, zalewał wznoszące się nad nią mosty, przelewał się chaotycznie, gdzie tylko nie spojrzeć. Dziewczęta w jaskrawych sukniach tańczyły, sypiąc kolorowymi płatkami, ludzie klaskali i krzyczeli... Lecz i tak największe wrażenie robiły postacie przebrane za hiporaumy. Ludzkie sylwetki z nieproporcjonalnie wielkimi maskami w kształcie stalowego końskiego łba, odziane w przyozdobione ogromnymi kryzami, jakby za duże koszule w kolorze przygaszonego fioletu, chodziły wokół, powolne i przerażające, zdając się obserwować wszystko z boku... Pilnując, czuwając, możliwe, że nawet trzymając radosny tłum w ryzach.
Choć widział je co roku od przynajmniej dwóch tysięcy lat, Mark musiał przyznać, że nadal odczuwa niewyjaśniony niepokój, gdy patrzy w stronę przebierańców. Tak, wiedział, że to jest właśnie celem – że mają przerażać – ale sam nie potrafił wyjaśnić, dlaczego nigdy nie zdołał sobie wytłumaczyć, że to w rzeczywistości jedynie ludzie w groteskowych strojach, a nie prawdziwe stalowe konie. Hiporaumów też nie powinien się bać – wiele lat wcześniej słynął w końcu z tego, że jednego oswoił – lecz instynkt mimo tego podpowiadał mu, że to nie jest coś, obok czego można przejść obojętnie. Hiporaum oznacza niebezpieczeństwo. Hiporaum wygląda jak żywcem wyjęty z koszmaru sennego. Takiego, po którym śpi się przy zapalonym świetle przez kilka następnych nocy...
Nie, parada to był zły pomysł, jeśli chciało się czegoś dowiedzieć. Tutaj ludzie byli zbyt nakręceni ogólną radością, zbyt zaaferowani widowiskiem, by zawracać sobie głowę odpowiadaniem na pytania wścibskiego wyverna o ludzkich oczach. Trzeba było zakręcić się gdzieś indziej... Na przykład w okolicy nigdy nieustającego targu, obecnie pewnie pękającego w szwach po desancie turystów.
Gdy okazało się, że tłum jest zbyt gęsty na to, by dalej poruszać się konno, przeklinając zeskoczył z grzbietu jednorożca i dalej poprowadził go za sobą, pilnując, by nikt nie dał się stratować. Nigdy nie przypuszczałby, że niezauważenie zwierzęcia tej wielkości jest możliwe, lecz, jak widać, dla oczarowanego świętem tłumu nie było to wcale takie trudne.
Trzymaj łeb w górze, szkapo, zaraz kogoś zabijesz – warknął na Eltanina, gdy wielkie konisko kolejny raz opuściło łeb. Trzymający na rękach na oko czteroletnie dziecko mężczyzna odskoczył praktycznie w ostatnim momencie, zanim gigantyczny, ostro zakończony róg trafił go w twarz.
Co pan powiedział?! – zawołał ze wściekłością, zatrzymując Marka w miejscu.
Słucham? – Wyvern poczuł się cokolwiek zdezorientowany.
Nie dość, że wprowadza pan konia w taki tłok, to jeszcze go nie pilnuje! Przecież tu są dzieci!
Daj pan spokój, spieszę się – wycedził i spróbował się wyrwać, lecz palce człowieka zacisnęły się na jego nadgarstku jak imadło.
I ten miecz! Przecież to jest niebezpieczne! – produkował się mężczyzna.
W tym momencie Marka szlag jasny trafił.
Wyszczerzenie kłów, nieludzkie warknięcie z głębi piersi i mimowolne sięgnięcie do zatkniętego za pasek sztyletu było znacznie prostsze, niż chwilowe zmienienie oczu na czerwone, lecz i tak musiało przekonać durnego człowieka, że ma do czynienia z wyvernem. Wyverny w drugim świecie rządziły się swoimi własnymi prawami i zajmowały pozycję niemal nietykalnych. Im wolno było wprowadzać na imprezy niebezpieczne zwierzęta i afiszować się bronią. A zwłaszcza, jeśli na lewym przedramieniu wytatuowane miały małe, proste czarne słońce – jednoznaczny wskaźnik przynależności do Łowców.
Tak jak przypuszczał, na targu był taki tłum, że nie było gdzie szpilki wcisnąć. Eltanin szarpnął się lekko, gdy zorientował się, że będzie musiał zagłębić się w cuchnący potem ścisk, zaparł się lekko, jakby próbując Marka od tego odwieść, lecz wystarczył jeden niewysilony komentarz na temat spożywania koniny, by jednak ruszył się z miejsca, kładąc uszy po sobie i niespokojnie zamiatając ogonem.
Po godzinie wypytywania i wysłuchiwania Mark był jeszcze mocniej pewien, że ludzie są beznadziejni, lecz nadal nie wiedział nic konkretnego. O tak, Wolfganga widziano wielokrotnie. Pojawiał się w najmniej spodziewanych miejscach, często w otoczce zapierającej dech w piersiach, aż elektryzującej powietrze magii. Bano się go, szeptano, unikano wymawiania jego imienia. Postać mieszańca zdawała się już szczelnie obrosnąć przekazywaną przyciszonym głosem legendą. Nagle tak dziwnie radosna atmosfera wokół nabrała zupełnie innego wydźwięku...
Świadomość spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Od początku ten ludzki chaos wydawał mu się jakiś niewłaściwy, przerysowany, lecz zrzucał to na karb tego, że od paru lat stronił od podobnych wydarzeń, trzymając się raczej w cieniu i usuwając czym prędzej, gdy tylko pojawiał się nieco większy tłum, lecz teraz, po wszystkim tym, co usłyszał... Przecież to jasne, że coś wisiało w powietrzu! Tym czymś był strach. Dziki, pierwotny strach przed tym, że słowa nieustannie wiszącej nad nimi wszystkimi Wielkiej Przepowiedni zaczęły się wypełniać. Pojawienie się tego, który mienił się Antykreatorem, zachwiało ludzkim przeświadczeniem o własnej niezniszczalności, zaszczepiło w słabych sercach ziarnko paniki, nieubłaganie zapuszczające coraz silniejsze korzenie. Oni wszyscy bawili się tak, jakby to miało być ich ostatnie święto...
Zaklął pod nosem, rzucił niedopalonego papierosa na ziemię, żarzący się na nim płomyk zgasił jednym pstryknięciem palców. Rozejrzał się jeszcze raz, szukając czegoś podejrzanego, na czym mógłby się skupić, by uzyskać więcej wskazówek...
O tak, zaczepiający ludzi samozwańczy prorok był całkiem ciekawą opcją.
W Drugim Świecie osoby pokroju tego łysego, odzianego w czerń mężczyzny trafiały się nad wyraz często. Pojawiały się znikąd na placach większych miast, by głosić własne, zwykle kompletnie wyssane z palca prawa, niezmiennie przyciągały do siebie tłumy, lecz to, co działo się tutaj, z pewnością nie było czymś normalnym. Zbiegowisko wokół człowieka – a właściwie wampira, bo lekko słodkawego odoru nie mógł pomylić z niczym innym – przekraczało wszelkie pojęcie. Ludzie słuchali z przejęciem, a unosząca się wśród nich atmosfera strachu przytłaczała swoją intensywnością. Wciąż pojawiali się nowi słuchacze, nikt więc nie zwrócił uwagi na wyverna, który podprowadził bliżej czarnego jednorożca i zajął miejsce w okręgu.
A co myślisz o tym, przyjacielu? – syknął do miękkiego, końskiego ucha.
Słuchajcie mych słów, albowiem tylko one okażą się waszym ratunkiem! – krzyczał prorok, bez problemów przebijając się ponad ogólny harmider. – To on jest waszym końcem i wybawieniem, waszą śmiercią i waszym życiem! Antykreator narodził się ponownie, aby oczyścić świat ze zła, a imię jego Vuko...
Vuko? Litości! – prychnął z pogardą. – Może wilkołakowi też da się ugryźć, tak dla eksperymentu? Bo jeszcze za mało sprzecznych ze sobą natur ma w ciele?
Wilkołak? – Eltanin niespokojnie żuł wędzidło.
Vuko to wilk po fińsku. Chyba. Dawno nie miałem do czynienia z tym językiem. – Splunął. Kilka osób z najbliższego sąsiedztwa patrzyło na niego ciekawie. Nie dziwił im się – nie mogli przecież słyszeć jednorożca. – Ale niech będzie Vuko...
To on jest czernią i bielą! – krzyczał łysy mężczyzna. – To on jest krwią na ostrzu noża!
Gromadzący się wokół miejscy strażnicy wyglądali dość niepokojąco, lecz żaden z nich nie miał przy sobie broni palnej. Niedobrze.
Potrzymaj mi piwo, koniku – wycedził Mark i ruszył przez tłum.
Antykreatorze! – Eltanin zarżał i wykonał ruch, jakby zamierzał ruszyć za nim, lecz zwarty mur ludzkich ciał zdążył skutecznie go powstrzymać. Ścieżka, jaką utorował sobie jego jeździec, zdążyła błyskawicznie zarosnąć.
To Vuko jest waszym jedynym ratunkiem, gdy Apokalipsa już się zacznie! – kontynuował prorok.
Niedoczekanie twoje – wycedził Mark.
Wyvernia pięść wprost idealnie pasowała do wampirzej twarzy.
Łysego odrzuciło na kilka metrów. Wpadł na jeden z licznych straganów; deski lady nie wytrzymały, zarywając się pod jego ciężarem. Tłum w jednej chwili zupełnie zamarł, jak zatrzymany w czasie.
Pożeraczu! – Eltanin brzmiał na wściekłego. Szarpnął łbem i błysnął białkami, drobiąc w miejscu.
Warto było – ocenił Mark von Lahman, masując obtarte kostki i rzucając szeroki uśmiech biegnącym w jego stronę strażnikom.